ZASŁUŻENI DLA ZIEMI ŻEGOCIŃSKIEJ

Jozef Gajewski.
JÓZEF  GAJEWSKI
1913 -

JÓZEF GAJEWSKI -   ŻOŁNIERZ ARMII GENERAŁA ANDERSA


      Wspomnienia Pani Janiny Wolak o II wojnie światowej i o jej ojcu Józefie Gajewskim - żołnierzu armii generała Władysława Andersa.

      II wojna światowa rozpoczęła się 1 września 1939 roku, ale już od wiosny tego roku powoływano coraz więcej rezerwistów z Żegociny i z okolic na ćwiczenia wojskowe i do służby wojskowej. Pomimo ogólnego napięcia wybuch wojny dla ludności był niemałym zaskoczeniem i katastrofą. Szczególnie dotknęło to rodziny, których ojcowie i synowie pod przymusem wyjeżdżali z kraju, aby walczyć.
     Tak też było w rodzinie Pana Józefa Gajewskiego. 9 września 1939 roku został on powołany do armii i tego samego dnia zgłosił się do Bochni do jednostki wojskowej, zostawiając w domu żonę z 1,5 roczną córeczką i 4,5 letnim synkiem.
      Po ataku Rosji na Polskę i kapitulacji kraju 17 września 1939 r. Pan Józef wraz z innymi żołnierzami został wywieziony w głąb Rosji, do kopalni rudy żelaza. Tam dokonano selekcji. Każdemu żołnierzowi sprawdzano dłonie. Jeżeli jego ręce były spracowane szedł na lewo, jeżeli natomiast miał ręce delikatne szedł na prawo. Działo się tak dlatego, iż polscy oficerowie wyższej rangi zdawali sobie sprawę z tego, że zostaną zamordowani. Zrywali więc swoje pagony i przebierali się w mundury zwykłych szeregowców. Rosjanie jednak nie rozpoznawali ich po ubiorze, ale po wyglądzie dłoni. Zawodowi żołnierze stanowili bowiem zagrożenie dla Rosjan i byli likwidowani - wywożono ich m.in. do Katynia i w bestialski sposób mordowano. Pan Józef, będąc zwykłym żołnierzem trafił do kopalni, gdzie po pewnym czasie wybuchł strajk robotników. Następnego dnia po buncie wszyscy żołnierze zesłani zostali na Sybir, gdzie panowały nieludzkie warunki życia. Wywieziono ich do lasów, nie zapewniając żadnego schronienia. Mrozy dochodziły do -50°C, a w nocy nawet do -60°C, więc aby nie zamarznąć żołnierze nawzajem rozcierali sobie ręce i twarze śniegiem. W walce o przetrwanie najpierw budowali prowizoryczne schronienia - dziury wykopane w śniegu, w środku których rozpalali ogniska.
     Dopiero później wybudowali baraki z pryczami. Jednak warunki w nich były tragiczne. Bród, ciasnota, bardzo skromne wyżywienie. Dzienna porcja chleba wynosiła 30 dkg, ale nie był to chleb taki jaki znamy dziś, lecz czarny i twardy. Ponadto praca, którą zmuszeni byli wykonywać była bardzo ciężka i ponad ludzkie siły. Żołnierze zajmowali się budową torów kolejowych i karczowaniem lasów Syberii. Pan Józef miał w pewnym sensie szczęście, ponieważ przydzielono mu słabego i chorowitego konia, który nie nadawał się do pracy w lesie, nie musiał więc pracować tak ciężko. Zajmował się on dowożeniem drzewa do kuchni i piekarni. Praca ta nie wymagała tak wiele wysiłku jak przy wyrębie drzewa, a ponadto Panu Józefowi udawało się zdobyć dodatkowe bochenki chleba, którymi dzielił się z kolegami. Robotnicy pracowali bardzo ciężko, byli wygłodzeni, wychudzeni, żaden posiłek nie był w stanie choć w części zaspokoić głodu, który dokuczał wszystkim zesłańcom. Pan Józef ważył wówczas tylko 36 kg. (Jego marzeniem było najeść się raz do syta przed śmiercią). W barakach dochodziło więc do makabrycznych scen. Jeżeli któryś z więźniów umarł, nie zgłaszano jego śmierci, ale nadal pobierano dla niego żywność. Takie sytuacje mogły trwać nawet dwa tygodnie, gdyż było bardzo zimno, a w niskiej temperaturze ciała rozkładają się znacznie wolniej. W tak trudnych warunkach stan zdrowia żołnierzy był bardzo zły, chorowali m.in. na szkorbut.
     W 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-radziecka. W wyniku układu Majski - Sikorski, podpisano umowę wojskową o powstaniu Armii Polskiej w ZSRR. Ostatecznie w wyniku rozmów Stalina z Władysławem Andersem - generałem zwolnionym z radzieckiego więzienia, w marcu 1942 roku władze radzieckie wyraziły zgodę na wyjazd z Rosji ponad 40 tyś. przesiedlonych i deportowanych żołnierzy.
     Wśród nich znalazł się również Pan Józef. Wywieziono ich do Iranu. Zupełna zmiana klimatu spowodowała, że w nowo powstałej armii wybuchła epidemia malarii. Żołnierze przeżywali straszne męki - dreszcze, gorączka. Byli skrajnie wycieńczeni, więc nadrzędną sprawą było przywrócenie ich do zdrowia. Następnie po przeszkoleniu wydzielono II Korpus Polski pod dowództwem gen. Andersa i skierowano go na front włoski. W tym korpusie znalazł się Pan Józef, który pełnił funkcję sapera, a także brał udział w budowie zbombardowanych mostów. Praca ta była bardzo ciężka i trudna. Często rozkazy musiały być wykonane w krótkim czasie, np. jeden most odbudowano nawet w ciągu jednej nocy.
     12 stycznia 1944 roku wojska francuskie, brytyjskie i amerykańskie rozpoczęły bitwę o wzgórze Monte Cassino, niestety bez oczekiwanego rezultatu. Dopiero natarcie II Korpusu Polskiego w maju 1944 roku zakończyło się sukcesem i zdobyciem wzgórza. Z relacji córki Pana Józefa wynika, że zdobycie klasztoru na Monte Cassino było bardzo trudne i zginęło w nim wielu żołnierzy, nie tylko Polaków, ale Francuzów, Anglików, Amerykanów i Niemców. Droga, która prowadziła na wzgórze usłana była trupami. Tutaj Pan Józef został ranny odłamkami pocisków. Niewątpliwie przysłużył się w zdobyciu klasztoru na Monte Cassino.
     Po zakończeniu działań wojennych Pan Józef trafił do Anglii, a w 1947 roku wrócił do kraju. Powrót ojca Pani Janina wspomina bardzo miło. Pan Józef przyjechał do kraju 24 lutego 1947 roku. Dziewięcioletnia wówczas Pani Janina z bratem i mamą musiała pokonywać zaspy śnieżne, aby po ośmiu latach zobaczyć w końcu prawie nieznanego jej tatę. Pan Józef został miło przywitany nie tylko przez rodzinę, ale i przez sąsiadów i kolegów, nawet z sąsiednich wiosek. Wszyscy bowiem chcieli dowiedzieć się o sytuacji panującej w Europie i na świecie.
Podczas pobytu w Rosji Pan Józef wysyłał listy do swojej żony, jednak nigdy nie docierały one do celu. Pierwszy list, który dotarł do Pani Gajewskiej był napisany w Anglii w 1946 roku po siedmiu latach tułaczki.
     Kiedy Pan Józef walczył na różnych frontach, żona zajęła się gospodarstwem i wychowywaniem małych dzieci. Było jej bardzo ciężko. Sama pracowała w 3 hektarowym gospodarstwie. Całymi dniami przebywała poza domem, uprawiając pole. Wieczorami musiała przygotować jedzenie dla dzieci. Po kryjomu mieliła w żarnach zboże na mąkę. Sama przygotowywała opał na zimę, nosząc na plecach drzewo z lasu.
      W czasie II wojny światowej wojska niemieckie wkroczyły również do Rozdziela i okolic. Penetrowały lasy, w których ukrywali się partyzanci. Pani Wolak wspomina pewną historię ze swojego dzieciństwa, kiedy Niemcy przyszli do jej mamy, aby dowiedzieć się, gdzie mieszkają państwo Ptaszkowie. Byli to jej dalecy sąsiedzi. Mama Pani Janiny wiedziała, że właśnie tam są partyzanci, więc wskazała Niemcom drogę okrężną. Sama zaś wysłała córkę i syna, aby uprzedzili państwa Ptaszków, że zbliżają się Niemcy. I rzeczywiście w tym domu ukrywało się około 30 partyzantów, którzy ostrzeżeni przez dzieci zdążyli się ukryć w lesie przed Niemcami.
      Jak widać życie podczas wojny było bardzo trudne nie tylko dla samych żołnierzy, ale i dla ich rodzin, które w pewnym sensie również walczyły. Nie była to jednak walka z okupantem i wrogiem, lecz z trudnościami życia codziennego, czasem i osamotnieniem.

DOKUMENTACJA HISTORYCZNA  > >  >

[zegocina.pl]                                  [wstecz]