Wspomnienia Pani Janiny Wolak o II wojnie światowej i o
jej ojcu Józefie Gajewskim - żołnierzu armii generała Władysława Andersa.
II
wojna światowa rozpoczęła się 1 września 1939 roku, ale już od wiosny tego roku
powoływano coraz więcej rezerwistów z Żegociny i z okolic na ćwiczenia wojskowe i do
służby wojskowej. Pomimo ogólnego napięcia wybuch wojny dla ludności był niemałym
zaskoczeniem i katastrofą. Szczególnie dotknęło to rodziny, których ojcowie i synowie
pod przymusem wyjeżdżali z kraju, aby walczyć.
Tak też było w rodzinie Pana Józefa Gajewskiego. 9 września
1939 roku został on powołany do armii i tego samego dnia zgłosił się do Bochni do
jednostki wojskowej, zostawiając w domu żonę z 1,5 roczną córeczką i 4,5 letnim
synkiem.
Po ataku Rosji na Polskę i kapitulacji kraju 17 września
1939 r. Pan Józef wraz z innymi żołnierzami został wywieziony w głąb Rosji, do
kopalni rudy żelaza. Tam dokonano selekcji. Każdemu żołnierzowi sprawdzano dłonie.
Jeżeli jego ręce były spracowane szedł na lewo, jeżeli natomiast miał ręce
delikatne szedł na prawo. Działo się tak dlatego, iż polscy oficerowie wyższej rangi
zdawali sobie sprawę z tego, że zostaną zamordowani. Zrywali więc swoje pagony i
przebierali się w mundury zwykłych szeregowców. Rosjanie jednak nie rozpoznawali ich po
ubiorze, ale po wyglądzie dłoni. Zawodowi żołnierze stanowili bowiem zagrożenie dla
Rosjan i byli likwidowani - wywożono ich m.in. do Katynia i w bestialski sposób
mordowano. Pan Józef, będąc zwykłym żołnierzem trafił do kopalni, gdzie po pewnym
czasie wybuchł strajk robotników. Następnego dnia po buncie wszyscy żołnierze
zesłani zostali na Sybir, gdzie panowały nieludzkie warunki życia. Wywieziono ich do
lasów, nie zapewniając żadnego schronienia. Mrozy dochodziły do -50°C, a w nocy nawet
do -60°C, więc aby nie zamarznąć żołnierze nawzajem rozcierali sobie ręce i twarze
śniegiem. W walce o przetrwanie najpierw budowali prowizoryczne schronienia - dziury
wykopane w śniegu, w środku których rozpalali ogniska.
Dopiero później wybudowali baraki z pryczami. Jednak warunki w
nich były tragiczne. Bród, ciasnota, bardzo skromne wyżywienie. Dzienna porcja chleba
wynosiła 30 dkg, ale nie był to chleb taki jaki znamy dziś, lecz czarny i twardy.
Ponadto praca, którą zmuszeni byli wykonywać była bardzo ciężka i ponad ludzkie
siły. Żołnierze zajmowali się budową torów kolejowych i karczowaniem lasów Syberii.
Pan Józef miał w pewnym sensie szczęście, ponieważ przydzielono mu słabego i
chorowitego konia, który nie nadawał się do pracy w lesie, nie musiał więc pracować
tak ciężko. Zajmował się on dowożeniem drzewa do kuchni i piekarni. Praca ta nie
wymagała tak wiele wysiłku jak przy wyrębie drzewa, a ponadto Panu Józefowi udawało
się zdobyć dodatkowe bochenki chleba, którymi dzielił się z kolegami. Robotnicy
pracowali bardzo ciężko, byli wygłodzeni, wychudzeni, żaden posiłek nie był w stanie
choć w części zaspokoić głodu, który dokuczał wszystkim zesłańcom. Pan Józef
ważył wówczas tylko 36 kg. (Jego marzeniem było najeść się raz do syta przed
śmiercią). W barakach dochodziło więc do makabrycznych scen. Jeżeli któryś z
więźniów umarł, nie zgłaszano jego śmierci, ale nadal pobierano dla niego
żywność. Takie sytuacje mogły trwać nawet dwa tygodnie, gdyż było bardzo zimno, a w
niskiej temperaturze ciała rozkładają się znacznie wolniej. W tak trudnych warunkach
stan zdrowia żołnierzy był bardzo zły, chorowali m.in. na szkorbut.
W 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-radziecka. W wyniku układu
Majski - Sikorski, podpisano umowę wojskową o powstaniu Armii Polskiej w ZSRR.
Ostatecznie w wyniku rozmów Stalina z Władysławem Andersem - generałem zwolnionym z
radzieckiego więzienia, w marcu 1942 roku władze radzieckie wyraziły zgodę na wyjazd z
Rosji ponad 40 tyś. przesiedlonych i deportowanych żołnierzy.
Wśród nich znalazł się również Pan Józef. Wywieziono ich
do Iranu. Zupełna zmiana klimatu spowodowała, że w nowo powstałej armii wybuchła
epidemia malarii. Żołnierze przeżywali straszne męki - dreszcze, gorączka. Byli
skrajnie wycieńczeni, więc nadrzędną sprawą było przywrócenie ich do zdrowia.
Następnie po przeszkoleniu wydzielono II Korpus Polski pod dowództwem gen. Andersa i
skierowano go na front włoski. W tym korpusie znalazł się Pan Józef, który pełnił
funkcję sapera, a także brał udział w budowie zbombardowanych mostów. Praca ta była
bardzo ciężka i trudna. Często rozkazy musiały być wykonane w krótkim czasie, np.
jeden most odbudowano nawet w ciągu jednej nocy.
12 stycznia 1944 roku wojska francuskie, brytyjskie i
amerykańskie rozpoczęły bitwę o wzgórze Monte Cassino, niestety bez oczekiwanego
rezultatu. Dopiero natarcie II Korpusu Polskiego w maju 1944 roku zakończyło się
sukcesem i zdobyciem wzgórza. Z relacji córki Pana Józefa wynika, że zdobycie
klasztoru na Monte Cassino było bardzo trudne i zginęło w nim wielu żołnierzy, nie
tylko Polaków, ale Francuzów, Anglików, Amerykanów i Niemców. Droga, która
prowadziła na wzgórze usłana była trupami. Tutaj Pan Józef został ranny odłamkami
pocisków. Niewątpliwie przysłużył się w zdobyciu klasztoru na Monte Cassino.
Po zakończeniu działań wojennych Pan Józef trafił do Anglii,
a w 1947 roku wrócił do kraju. Powrót ojca Pani Janina wspomina bardzo miło. Pan
Józef przyjechał do kraju 24 lutego 1947 roku. Dziewięcioletnia wówczas Pani Janina z
bratem i mamą musiała pokonywać zaspy śnieżne, aby po ośmiu latach zobaczyć w
końcu prawie nieznanego jej tatę. Pan Józef został miło przywitany nie tylko przez
rodzinę, ale i przez sąsiadów i kolegów, nawet z sąsiednich wiosek. Wszyscy bowiem
chcieli dowiedzieć się o sytuacji panującej w Europie i na świecie.
Podczas pobytu w Rosji Pan Józef wysyłał listy do swojej żony, jednak nigdy nie
docierały one do celu. Pierwszy list, który dotarł do Pani Gajewskiej był napisany w
Anglii w 1946 roku po siedmiu latach tułaczki.
Kiedy Pan Józef walczył na różnych frontach, żona zajęła
się gospodarstwem i wychowywaniem małych dzieci. Było jej bardzo ciężko. Sama
pracowała w 3 hektarowym gospodarstwie. Całymi dniami przebywała poza domem,
uprawiając pole. Wieczorami musiała przygotować jedzenie dla dzieci. Po kryjomu
mieliła w żarnach zboże na mąkę. Sama przygotowywała opał na zimę, nosząc na
plecach drzewo z lasu.
W czasie II wojny światowej wojska niemieckie wkroczyły
również do Rozdziela i okolic. Penetrowały lasy, w których ukrywali się partyzanci.
Pani Wolak wspomina pewną historię ze swojego dzieciństwa, kiedy Niemcy przyszli do jej
mamy, aby dowiedzieć się, gdzie mieszkają państwo Ptaszkowie. Byli to jej dalecy
sąsiedzi. Mama Pani Janiny wiedziała, że właśnie tam są partyzanci, więc wskazała
Niemcom drogę okrężną. Sama zaś wysłała córkę i syna, aby uprzedzili państwa
Ptaszków, że zbliżają się Niemcy. I rzeczywiście w tym domu ukrywało się około 30
partyzantów, którzy ostrzeżeni przez dzieci zdążyli się ukryć w lesie przed
Niemcami.
Jak widać życie podczas wojny było bardzo trudne nie
tylko dla samych żołnierzy, ale i dla ich rodzin, które w pewnym sensie również
walczyły. Nie była to jednak walka z okupantem i wrogiem, lecz z trudnościami życia
codziennego, czasem i osamotnieniem.
|