STRONA GŁÓWNA __Aktualności __Samorząd __Parafia __Historia___
Turystyka __Fotografie __Ciekawostki __Sport __Kultura___
.


HISTORIA REGIONU:

  • W SKRÓCIE
  • ISTOTNE DATY
  • I WOJNA ŚWIATOWA

  • ____- działania wojenne
    ____- cmentarze wojskowe
    ____- księgi parafialne
    ____- kronika szkolna
    ____- wspomnienia legionisty
    ____- pamiętniki mieszkańców
    ____- rajdy turystyczne
  • II WOJNA ŚWIATOWA

  • ____- pacyfikacja Łąkty
    ____- zestrzelenie samolotu

    . . .
    I WOJNA ŚWIATOWA W SAMEJ ŻEGOCINIE I NAJBILŻSZEJ OKOLICY



    FRAGMENT PAMIĘTNIKA JANA TWORZYDŁO z KRÓLÓWKI.
    Jan Tworzydło był mieszkańcem pobliskiej wsi Królówka. Urodził się w roku 1884, a zmarł 1972 roku.



    WSPOMNIENIE z 1914 roku:

         Rok 1914 był rokiem urodzaju, któremu żaden poprzedni rok nie dorównał. Wesoło każdy krząta się po roli aby zebrać te plony - tak obfite. Dzień 2 sierpnia był wyjątkowo pogodny, zbieraliśmy pszenicę, której kłosy wzbudzały niezwykły podziw, kłosy złocistej pszenica sięgały kilku niemal do ziemi. Serce krajało się z wdzięczności Bogu za dar, który zsyła rolnikowi za jego trud jesienny posianego ziarna.

    Nadchodzi posłaniec z gminy ob. Palej Walenty - mówi obligacja i aby każdy mężczyzna należący do wojska w przeciągu 24 godzin stawił się do swego pułku. Rozeszła się ta wieść po całej wiosce w jednej godzinie, wojna, wojna krzyczą wszyscy nieznana dotąd przez kilka pokoleń. Wszędzie szum, płacz, lament, ale na zawołanie Cesarza Franciszka Józefa trzeba się stawić i spełnić jego rozkaz.

    Wybierając się z domu płacze żona, płacze cała rodzina. Ścisnęło za serce, nie pozwoliło słowa wymówić, ale nabrało się ducha wojskowego, trzeba pójść bo się przysięgało wierność Cesarzowi Franciszkowi Józefowi. Wyszło się z domu, nie wyszła kropla łez z oczu, była krew zahartowana aby nie dodawać większego żalu żonie i całej rodzinie. Gdy się mijało już ojczyste zagony ścisnęło moje serce żalem, padłem na kolana na tę ziemię, oblałem ją łzami i głos sam wydzierał się. Oj ziemio, ojczysta, czy ja jeszcze będę cię orał, czy ty będziesz jeszcze. Znów trzeba było nabrać zimnej krwi i pójść dalej.

    Nadszedłem kościółek parafialny, trzeba wstąpić do niego. Tu się już znajdowało około 300 mężczyzn, w którym wspólnie śpiewano "Kto się w opiekę podda Panu swemu". Zdawało się, że te ściany pękną od siły głosu męskiego, a ksiądz staruszek błogosławił nam na drogę.

    Pożegnaliśmy ten kościółek co nam przypomniał dziecinne lata, jak my tutaj przyjmowali chrzest, jak nas matka prowadziła za rączkę i mówiła "Tu jest Bozia" i zacisło się serce z żalu, ale trzeba pójść dalej. Przyszliśmy na górkę, która się zowie Soślinami, stanęliśmy obejrzeli się i jeszcze raz na swoją wioskę, popatrzyli na zabudowania stąd słyszało się przeraźliwy jęk kobiet i dzieci, starców opuszczonych, ścisnęło za serce ale i stąd trzeba pójść dalej.

    Przyszliśmy na stację do Bochni, stoi tłum ludzi, płacz, zamieszanie, policja rozpędza ten tłum bo kobiety i dzieci nie chciały opuścić mężczyzn. Pociąg stoi, wsiadamy, napełnił się pociąg samymi mężczyznami, że maszyna nie mogła ruszyć z miejsca.

    Gdy już pociąg ruszył, nabrano ducha wojskowego, śpiewano pieśni narodowe, co który mógł, aby zabić ciężkie myśli za rodziną.

    "Do Opawy zajechali, zaraz mundur nam wydali
    W kompanije podzielili i przysięgę my złożyli.
    I muzyka nam zagrała, która serce zalewała
    Maszerując na stacyje i wsiadamy na maszynę"


    Pociągi gotowe, zestrojone wieńcami, chorągiewkami, które czeskie panienki przystroiły, miło się było popatrzeć na tak śliczne widowisko jak nigdy się tego nie widziało i pewnie się nie zobaczy.

    Wsiedliśmy na pociąg. Dowódcą naszego batalionu był kapitan Jadliczko z rodu czeskiego. Mówi po czesku "Chłopcy tylko wesoło".

    My Polacy zaśpiewaliśmy "Dalej wszyscy wraz puki mamy czas, zróbmy przyjacielsko koło i zanućmy pieśń wesołą puki mamy czas, puki mamy czas". Czesi też śpiewali swoje piosenki narodowe.

    Zaś chochmistrz batalionu trąbi przeraźliwym głosem tra=ta=ta~tra=ta=ta. Ten głos oznaczał szturm na bagnety.

    "Jedzie pociąg tylko charcza i prowadzi ku północy
    Zajechali do Sztuciną tam stanęła już maszyna
    Wysiadamy altretują i zaraz komenderują."


    W Sztucinie zatrzymaliśmy się tyle cośmy mieli mszę świętą w celnym polu, gdzie był ołtarz urządzony, mieliśmy wspólną spowiedź - ksiądz wojskowy jako kapelan kazał nam wzbudzić żal za grzechy i całemu batalionowi dał rozgrzeszenie kapłańskie co miało takie same znaczenie jak żeby pojedynczo przy konfesjonale.

    Po tem polnym nabożeństwie i po spowiedzi mieliśmy mynarz to jest po polsku obiad. Po obiedzie naładowali ostrymi patronami, bagnet AŁF to jest bagnet złożyć na karabin, aby mieć dobrą flance i cały rynsztunk na plecy to jest rysztunk patron ostrych 160, płaszcz, bieliznę, buty rezerwowe i całe przybory jakie żołnierzowi na wojnę potrzeba. To wszystko ważyło 35 kg. Tornister mieliśmy z cielącej skóry z pasami rzemiennymi na plecach. Tornister z ubraniem przed sobą, patrontarz z patronami, szpada i bójpika przy boku i cały żołnierz był spięty rzemieniami. Maszerujemy za Wisłę w marszu zabezpieczonym to znaczy kilku żołnierzy na przodzie, z boku i w tyle.

    W pierwsze dni szło się nie najgorzej, ale później kiedy nogi od potu były obite do krwi nie można było maszerować. Plecy też od pasów rzemiennych obżarte były do krwi. Tak się maszerowało cały tydzień bez spoczynku. Osłabiony każdy, a którzy byli słabsi mdleli po drodze i tych zabierał sanitarny wóz.

    Tak się maszerowało cały tydzień, aż się spotkaliśmy z nieprzyjacielem w nocy. Tu już austryjackie wojska sztandowe walczyły z rusem. Wojska austryjackie były słabsze i musieliśmy cofać się do tylu zpowrotem.

    Przykry był ten powrót spod Iwangrodu aż pod Kraków, opieraliśmy się nieprzyjacielowi i szturmem lecz to daremne było a szturm to była najokropniejsza walka, żołnierz przeciw żołnierzowi z bagnetem, były wypadki, że ruski żołnierz z żołnierzem austrajackim przebili się bagnetami i obaj padli ofiarą.

    O jaka to straszna widownia nie można myśleć o tym przerażającym widoku a cóż dopiero patrzeć gołym okiem. Straszna to było ucieczka spod tego Iwangrodu.

    Kiedyśmy przyszli pod Kraków Rosjanie się zatrzymali bo z Krakowa z kwestunków artyleria biła bez przerwy dniem i nocą. My, piechota obsadziliśmy się silnie bo nadciągła rezerwa i zostaliśmy zimować.

    Ale czem była dla nas ta zima: głodem, robactwo chciało nas żywcem zjeść. Obsiedliśmy te wioski: Ryczowek, Skalmierz i Olkusz, byli tam ludzie dobrzy co nam pomagali ogarniać się ze wszy, dawali nam garki do gotowania bielizny i w różny sposób chcieli nam pomóc. Aż wreszcie mnie się udało, że mnie wydelegowała komenda jechać z transportem. zabranych do niewoli rusków aż na Węgry.

    Miałem pod opieką 40 zabranych rusków. W jednym wagonie byli to sami polacy, którzy byli pod zaborem rosyjskim. Byli to Polacy z Guberni Radomskiej, tak my się zbratnili w czasie podróży co my jechli dwa tygodnie, śpiewaliśmy polskie piosenki narodowe i kościelne. Miło nam było przez Polskę jechać bo lud cywilny, gdy spostrzegł na której stacji kolejowej, że jadą Polacy rzucali różne podarunki do wagonu. Ja tez starałem się o nich aby nie byli głodni , bo byli. To młodzi chłopcy, służyli przy sztandzie w armii rosyjskiej zostali zabrani przez austryjaków. Podali mi swoje adresy, ja im dał swój adres że będziemy pisać do siebie. Mięliśmy nadzieję, że wojna się wnet skończy.

    Tak nam wesoło było jechać przez Polskę, gdyśmy przyjechali na granice węgierską madziary gdy spostrzegli kamieniami bili do wagonu. Bali się biedni żołnierze co z nimi będzie w niewoli. Całowali mnie i łzy padały z oczu kiedyśmy się rostawali.

    Wielkie miałem szczęście że nie byłem karany za to iż tak łagodnie postępował z jeńcami których oddałem w ręce madziarów w Budapeszcie. Gdym się powrócił do swego pułku zaś mnie przydzielono do gieweks trynu, oddałem karabin a otrzymałem sztuc artyleryjski fasimeser do boku, prowiant, wóz i konie dowozić żywność do głównej linii. Powodzenie było lepsze i bezpieczniejsze, ale nie zawsze, bo gdy się zajechało do linii nie zawsze dało się jechać drogą, tylko czasami i przez pola, zboża.

    Jak spostrzegła artyleria rosyjska biła do nas tylko granaty pękały obok nas. Nie mało było różnych wypadków i jak noc tak noc trzeba było jechać do dekunków. Przy tym sprzyjało mi szczęście, miałem konie dobre, bo się starałem o to żeby mi dobrze jechało, nie miałem nigdy nagany, trzymałem się w porządku i zpowodu tego kapitan mnie polubił i pojechaliśmy do Katowic i Dąbrowy Górniczej. Jechaliśmy do Katowic po ciepłe ubranie dla oficerów i żołnierzy co im na zimę potrzebne były.

    Jechaliśmy szybko tak że konie padały w drodze, aby jak najprędzej wrócić gdyż pewnie wyższe władze wojskowe nie wiedziały co się kapitanowi zachciało. Zajechaliśmy do Katowic w niedziele rano, ludzie się zeszli jak w niedzielę wpatrują się w nas. Było nas 5 furmanek, wszyscy byliśmy sponiewierani, włosy długie, nie goleni bo nie było na to czasu, płaszcz cały zlepiony błotem i opaleni od ognia w dekunkach. Wyglądaliśmy jak dziki lud co jeszcze mało światu poznał.

    Sam nie chce wspominać jak człowiek wyglądał, kobiety płakały nad losem żołnierza z frontu i te kobiety zniosły nam różne podarunki; bieliznę, ciepłą, rękawice, szaliki, ciastka i inne rzeczy do jedzenia. Kiedyśmy wciągu dnia załatwili wszystko przyszła jakaś pani pytać nas gdzie będziemy kwaterować przez noc, mówimy że jeszcze nie mamy obsztelowane! Pani zaprosiła nas do siebie na nocleg, powiada może by panowie do mnie zechcieli przyjść na nocleg u mnie jest miejsce wolne w stajni na konie i mieszkanie dla panów. Zajęła nas ta pani, było miejsce tak dla nas jak i dla koni.

    Gdyśmy konie zabezpieczyli pani uszykowała nam łazienkę; wykąpaliśmy się jak rybki, posłała po fryzjera co nas opucował z włosów i brody, podała świeżą bieliznę i zdawała się nam, że inne ciało przybraliśmy. Po kąpieli zajęła nas do mieszkania, miło popatrzeć na takie urządzenia w mieszkaniu.

    W pośrodku mieszkania stół, na stole cholba z winem i rożne przekąski. Po kolacji położyliśmy się do snu, łóżka wysłane poduszkami, czyściutko miło było się położyć. Pani radio nastawiła, które nam rozweseliło życie Takie mieliśmy przyjęcie w Katowicach. Obudził się w nas duch do życia dalszego.

    Na drugi dzień rychło rano odmarsz do swego pułku do linii bojowej, by oddać te rzeczy któreśmy nabyli w Katowicach. Konie trzeba było zmienić bo te ustały co były w Katowicach.

    Jedzie się wesoło konie dobre, wóz dobry, człowiek był z biedy ogarnięty wszy już nie żarły ciała, jedzie się dobrze.

    Gdy się zbliżaliśmy do linii słychać było wielkie rozruchy, ale trzeba było jechać dalej aby znaleźć jakieś dowództwo i oddać rzeczy. Trudno znaleźć, wielkie zamieszanie w linii. Rosjanie wtargnęli się, zrobili dużo szkody. Tu leży zabity nasz lajtan jeszcze pulsa mu biją, tu leży żołnierz z urwaną nogą, tu znów rozszarpany żołnierz od artelerii rosyjskiej.

    Smutny to był widok i przerażający człowieka, ale rozkaz rozkazem trzeba było szukać sposobu, aby te rzeczy oddać. Postawił konie obok domu murowanego zdaje się że to była szkoła. Artyleria rosyjska trochę zelżyła ale nasza artyleria się wzmocniła i bije bez przerwy a ja stoje obok tego domu kule przelatują ponad głowę jak ptaki na wiosnę. Wreszcie padł granat obok mnie, przysypała mnie ziemia ale lekko, nic mi się nie stało, konie zaś przewróciły wóz jak się zlękły gdy granat eksplodował. Opanowałem, się trochę, myśle co robić, już trochę prześwita dniem znów się uspokoiła tak nasza jak i rosyjska artyleria.

    Wracam zpowrotem saniteci zatrzymali mnie abym zabierał rannych i odwoził na regiment Chil Blac. Naładowali saniteci pełny wóz ciężko rannych, wrzeszczą na wozie od boleści i od zimna bo leżeli na ziemi przez kilka godzin nim się uspokoiło a czas był mroźny, wiatr jak to w zimowej porze w grudniu.

    Obróciłem trzy razy z tymi rannymi na regiment Chilz Place, a to przecież było kilka kilometrów na tą placówkę sanitarną. Konie mi ustały, boć przecież nie żarły noc i dzień, a trzeba było szybko obrącać. Na szczęście jechałem przez lasek sosnowy, gdziem popasł konie igliną sosnową i potrafił nimi jeszcze dojechać do swego oddziału. Pan Felfeder był Liberman - komendant naszego oddziału dał mi dwa dni i noce wolnego odpoczynku. Cóż z tego kiedy odpoczynek był pod wozen, lub na wozie. Na wozie było dobrze, ale zimno, bo wiatr paddymał ze spodu, tylko na ziemi było cieplej pod piramidą, to jest postawiło się gwer, dwie celty złożyło się górą celty i spierały się na gwerze bo tam były kołeczki zwane celtragi. Uwiązało się celty do tych kołeczków, wbiło w ziemię, zrobiła się budka. Jak był śnieg to obłożyło się śniegiem i dwóch weszło do jednej celi. Pod głową tornister, nakrycie derka i nieraz się przytrafiło, że przymarzło się do ziemi z boków - taka była. Szukało się sposobu, żeby jeszcze lepiej było spać w czasie odpoczynku, napadliśmy kobyłkę u gospodarza, która była zadekowana w słomie w stodole, zabraliśmy tą kobyłkę, ładna była, spasiona, bo światu w stodole niej oglądała, taka była łaskawa i mądra, że dało się ją nauczyć jak ma żyć z nami. Bardzo się o niej pamiętało bo się zdawało, że będzie do nas mówić i tak myśmy ją wyuczyli, żeśmy z nią jak z człowiekiem spali - jeden żołnierz z jednej strony, drugi z drugiej i przykryli się derkami i było ciepło jak przy piecu. Jak miała wstawać dawała znak - poruszała głową i raz w jedną, raz w drugą stronę, tośmy wiedzieli, że chce wstawać i robili dla niej miejsce. Kilka tygodni nas wygrzewała, aż biedna dostała okwatu w nogi i trzeba ją zmienić. Dalej zima dokucza, nie było schronienia! Kopało się więc dekunek, było cieplej i tak się spędzało zimę w pierwszy rok wojny.


         ROK 1915:

         Drugi rok wojny zostałem z powrotem z ablezowany od giefekstrynu do kampanii. Służba była lżejsza, bo się starałem sam o siebie, a nie o konia i wóz. Kąpiele były urządzane w polu parownie były na mundury, wszy nas już nie żarły, jak w poprzednią zimę. Nieprzyjaciela my pędzili naprzód a zawsze jest łatwiej, pójść za nieprzyjacielem, niżeli uciekać przed nim. Oparcie robił nieprzyjaciel, ale dawało się go odsunąć naprzód. Szturmów już nie było, najwięcej artyleria działała, a my jako infateryja, czyli po polsku piechota trzymali linię, okopywali się w dekunkach, robili feldwachy, trzymali patrole. Już rzadsze były spotkania z nieprzyjacielem. Szliśmy za nim, aż pod Lwów, tam też silne były oparcia, padło ofiarą dużo aurstriackiego żołnierza, ale znacznie więcej rusów - o czem świadczą cmentarze wojenne - to jest przeszłość 1915 roku.


         ROK 1916:

         Rok 1916 jest więcej utrwalony w pamięci, bo były już ciężkie oparcia jak się szło przez Sokal pod Dubno - straszna ofenzywa była w lipcu 19 do 21-ego. Nasz Regiment był w rezerwie za linią kilka kilometrów, Rosyjska artyleria bije bez przerwy 3 godziny. Nasze wojska musiały ustąpić ze sztelunków, przyszło zarządzenie, aby ten regiment, który jest w rezerwie zatrzymał nieprzyjaciela. W jednej godzinie stracono około 2000 żołnierzy. Smutno się było popatrzeć na taką rzeź, zostało nas rozbitków około 300, którzy przez-dwa dni i noce uciekali do tyłu przez pola i zboża w lipcu, które były duże gotowe do zbiorów. Słota, błoto, deszcze padał bez przerwy, noc zatrzymaliśmy się w lesie dębowym. Mokro, wody pełno, nie ma miejsca usiąść, czy się położyć i odpocząć. Trzeba było gałęzi nałamać, podłożyć pod siebie, aby spocząć nie we wodzie. Zjeść nie było co, każdy zmoknięty i zmarznięty, bo choć to było w lipcu, ale nad ranem zimno. Poczyna świtać mówi Kadek felfeder - ujdźmy z tego lasu, bo nie wiadomo gdzie jest nieprzyjaciel. Ledwieśmy wyszli przed las a tu rosyjska artyleria bije w las ino konary trzeszczą. Zdawało się, że koniec z nami, aleśmy się rozlecieli w pola i w zboża., trochę przestała bić artyleria rosyjska, uspokoiło się, my powoli wychodzimy ze zbóż. Szczęście żeśmy napotkali groch okrągły jaki w lipcu był - tylko zalążki na ziarno, posilili się tym, rozpatrujemy się gdzie nieprzyjaciel, nie było z nami żadnego oficera, tylko kadet felfereder trochę się zoriętowrał. Rozciągliśmy się w linii, w celnym polu wykopał każdy dekunek taki, co ledwo głowę schronił, gdyż nie było siły wykopać takiego dekunku, aby się cały schronił. Każdy głodny, bo trzy dni nie zafasował żywości, bo nie potrafili do nas dojechać, dopiero w trzecią noc przyszedł fasung chleba i to jeden chleb na pięciu żołnierzy, zdawało się z ręką zje ten chleb. Na czwarty dzień dopiero przyszła kuchnia i już my trochę odżyli. Taki 1916 rok w pamięci.


         ROK 1917:

         Na 17 rok popędziliśmy dalej nieprzyjaciela w stronę Dubna, tam mieliśmy już siedzibę, wykopane dekunki, odpowiednie granat zycherunki, schronienie przed artylerią. Byliśmy tak głęboko zakopani w ziemię, że i artyleria wiele by nam nie zrobiła, bo dekunki były na kilka metrów w ziemię, tylko dekunki do trzymania lin były płytsze - na dużego chłopa wysokie, a dekunki do spania też nie były zbyt głębokie, spało się jak szczury w ziemi. Jeżeli artyleria rosyjska biła i uciekało się do schronów, tylko po wierzchu dudniło do schronów były dwa wejścia. Jednego razu przyszliśmy z feldwachy nad- ranem, zjedliśmy śniadanie, mówimy sobie trzeba się umyć. Zagrzaliśmy wody i myjemy się, bo to był dzień niedzielny. Po umyciu ubieramy świeżą bieliznę, cośmy w dekunkach wyprali każdy sobie, aż tu artyleria rosyjska bije. Trzeba było szybko uciekać do schronów w gaciach, w koszuli, płaszcz na ramionach, stoimy dwie godziny w schronach. Jeden wchód nam zawaliło, ale drugi został i wyszliśmy bez uszkodzenia, tylko że się zziębło, bo mróz był koło 30 stopni. Mieliśmy miłe mieszkanie w ziemi, tylko nam dokuczały mrozy ponad 30°, a trzeba było na noc iść na felwachę i na patrol. Od felwachy do felwachy patrol - to się nie uśmiechało pójść i chodzić pomiędzy linię rosyjską a naszą.

    Trzeba było dobrze uszy nastawiać czy też kto nie idzie, bo się rozchodziło o swoje życie. Był wypadek taki: szła się nasza patrol, lekceważyła bo byli to młodzi żołnierze niedoświadczeni, powdziewali na głowę kominiarki, bo był silny mróz, idą sobie, jak koło swojej stodoły, nagle zaszła ich z tyłu rosyjska patrol i ten ostatni z naszej patroli został w durk przebity plancę rosyjską, drugi został ciężko ranny dwóch potrafiło uciec, bo noc była ciemna. Trzeba było dbać o swoje życie bo szło się ciemną nocą, trzeba było co chwileczkę stanąć, posłuchać czy nie ma niczyjego szeptu, albo tupania nogą. Nieraz i koronkę do lewej ręki, w prawej karabin w pogotowiu. Całą zimę się schodziło, znało się wszystkie gwiazdy, bo się przypatrywał kiedy też ta jutrzenka wzejdzie. Jeżeli się miał dzień robić, schodziło się z felwachy do dekunków i śniadanie: kawa czarna i chleb. Po śniadaniu spało do w pół do dwunastej, potem obiad i do roboty dekunków kopać aby było dobrze mieszkać. W dekunkach było dobrze, zimą mieliśmy przykrycia do spania, zagrali nieraz w karty, a jak się trafił żołnierz muzyk to i zagrał na instrumencie jaki gdzie zdobył. Musiało się szukać rozrywek, bo na wojnie czas nie leci cztery lata zdawały się że jest dwadzieścia lat. Zima nie dokuczyła tyle co wiosna, jak śnieg tajały; to nas woda zalewała w dekunkach. Trzeba było wciąż odlewać, bo na prycza woda dochodziła, najgorsze było pójść na felwachę przez linię bo trzeba było pójść rowami wysokimi jak na wielkiego chłopa, bo wierzchem się nie dało, bo by nieprzyjaciel zobaczył. Jednego razu zatajało bardzo, wody było do pół rowu i lala się do butów przez cholewy. Mówimy sobie, pójdźmy wierzchem, uszliśmy z 50 kroków jak rosjanie zaczęli bić z karabinów maszynowych a my buch do rowów idziemy dalej jak gąski po wodzie - takie życie było na wojnie.

    Gdyby ta ziemia polska umiała mówić to by opowiedziała ile na niej krwi rozlewu było, ile jęków od boleści ciężko rannych, ciał rozszarpanych że nie dało się ich pozbierać. Ile łez wylali ojcowie i matki za swymi synami, ile głodu i różnych utrapień. Nie warto sobie wspomnieć na te jęki boleści i te przejścia wojenne.

    Oj Ziemio Polska tyś nasza matka, ty nas żywisz na tej ziemi my się porodzili i porośli. O jak nam jest przyjemnie popatrzeć na ten kraj ojczysty, na tę przyrodę całej Polski ziemi, na te góry wznoszące się pod niebo, na te źródełka co nam dają wodę i zbierają się w potoczki i i klepocą wesoło i zbierają się w większe potoki i rzeki i płyną aż do morza, jakby do serca tej naszej matki. Oj ta matka nasza ziemia Polska wszystko ma dla nas dzieci swoich. Ona jest też wielką przetwórnią, ona wszystko wyda ale i wszystko pochłonie. I my chcielibyśmy aby ona kiedyś była naszą mogiłą, abyśmy na niej zasnęli. Oj ścisło za serce prawdziwego polaka gdy musi pójść za chlebem poza granice Polski. Obejrzy się za progiem rodziny, ale obejrzy się za granicą Polski i prawdziwemu polakowi łzy cisną się w oczy gdy opuszcza tę ziemię polską, ten kraj rodzinny.

    Kiedyśmy się doczekali wolnej Polski czyli Polski Ludowej i nie musimy szukać chleba poza granicą, ukochajmy tą ziemia polską, podajmy sobie rękę tak rolnik, robotnik, urzędnik czy inteligent, pracujmy uczciwie na roli i we wszystkich zawodach a wtedy okażemy dobre serce tej naszej matce - Ziemi Polskiej. Usuńmy to zło: pijaństwo, morderstwo, kradzież, oszustwo, kradziesz po spółdzielniach i wszystkie nadużycia moralne, które jest szkodą całego społeczeństwa i chańbą dla Polski. Wtedy Polska będzie obfita, bo rząd Polski nie będzie miał do czynienia z huliganami, tylko będzie myślał nad rozwojem gospodarki naszej ojczyzny. My starzy wiemy z historii i opowiadania naszych ojców i dziadów co cierpi lud biedny przez kapitalistów i bogatych. Nie miał praw obywatelskich i jak nie jeden biedny spędził młode lata. Gdy mu zdrowie pochybło trzeba było brać worek na plecy i pójść na żebractwo. Muszę skończyć bo szkoda wspominać przeszłe lata, czasy jak tyle było pracy i ta ziemia czyli matka nasza wychowała nas a trzeba było szukać poza granicami chleba i roboty.

    Dziś jeszcze można sobie zanucić polską piosenkę jak ongiś jadąc na wojnę: "Dalej wszyscy wraz puki mamy czas, zróbmy przyjacielskie koło i zanućmy pieśń wesołą - puki mamy czas, puki mamy czas."

    Królówka, dnia 10 luty 1959 r.


    .