Wędrując po okolicach Żegociny możemy dotrzeć do wielu
ciekawych, atrakcyjnych z różnego punktu widzenia, miejsc. Są wśród nich także takie
zakątki, które mają w sobie klimat tajemniczości i o których krążą legendy
opowiadane z przez kolejne pokolenia następnym generacjom mieszkańców urokliwej gminy.
W 1998 roku staraniem Stowarzyszenia Rozwoju Gminy i Wspierania
Przedsiębiorczości w Żegocinie, ukazała się książka pt. "W kręgu
żegocińskich baśni, obyczajów i zwyczajów". Część tego wydawnictwa zajmują
legendy, spisane przez panią Zofię Wiśniewską. Postanowiłem podążyć śladem tych
legend i poznać miejsca, o których w nich mowa. Jednym z pierwszych odwiedzonych miejsc
jest wzniesienie, ukryte w prywatnym lesie na pograniczu Bełdna w gminie Żegocina i
Kamionnej w gminie Trzciana, zwane Gródkiem. Moim przewodnikiem był pan Józef Dudzic z
Bełdna, którego dom znajduje się przy drodze prowadzącej do legendarnego wzniesienia.
W czasie marszu na Gródek pan Józef opowiada przypowiastkę. - Kiedy
ksiądz w żegocińskim kościele wychodzi w niedzielę palmową na procesję, to - jak
głosi dawne podanie - na Gródku otwierają się drzwi do skrytej wśród listowia
piwnicy. To jedyny w roku czas, gdy można wejść do lochu i zabrać tyle złota, ile
się tylko da. Ale trzeba pamiętać, że należy wyjść z piwnicy zanim po procesji
zamkną się z powrotem drzwi w żegocińskim kościele. Jeśli się nie zdąży, to
trzeba czekać w lochu przez cały rok, aż znowu na procesję wyjdzie ksiądz w
niedzielę palmową - mówi pan Józef, opowiadając także, że umawiał się z jednym z
żegocińskich wikariuszy na przyjście w niedzielę palmową na Gródek. Ksiądz
niestety nie przyszedł, a dziś już go nie ma w Żegocinie, bo pracuje w innej parafii.
Po kilku minutach przyjemnego marszu podchodzimy pod wzniesienie, na
którym wyraźnie odcina się jakby kopiec o średnicy kilkunastu metrów. Kiedy dostajemy
się na szczyt widzimy wyraźne zagłębienie w terenie, coś jakby krater wulkanu. |
Miejsce
wyraźnie góruje nad okolicą, choć tego dokładnie nie widać, bo panoramę
przesłaniają rosnące wokół drzewa. Dojście do wzniesienia od strony Bełdna jest
dosyć łagodne, natomiast zejście z stronę Kamionnej bardzo strome. Chyba nikt tędy
nie schodził, ani od strony Kamionnej na Gródek tędy nie wychodził.
Kiedy znajdujemy się na
tajemniczym wzniesieniu zaczyna pracować moja wyobraźnia. Przed oczami staje mi
drewniany warownia, posadowiona na najwyższym w okolicy wzniesieniu. Ułożona z
drewnianych bali palisada, brama wejściowa z drewnianą kratą, jakaś wieża, po której
przechadza się wojownik, bacznie obserwujący okolicę ... Tak mogło być, ale czy
było ? Trudno bez badań archeologicznych stwierdzić, czy rzeczywiście było tu warowne
grodzisko. Ludzie mawiają, że w każdej legendzie jest ziarnko prawdy. Legenda głosi,
że warowny gród był, tylko się zapadł.
Poznajmy więc legendę, a
właściwie dwie legendy, które cytujemy za książką "W kręgu żegocińskich
baśni, obyczajów i zwyczajów". |
 |
Zagadkowy
Gródek
Pomiędzy Kamionną i Bełdnem jest porośnięte lasem
wzniesienie, które zwie się Gródkiem. Stare podanie głosi, że przed wieloma laty na
tym wzgórzu wznosił się warowny gród. Solidne mury skutecznie chroniły jego
mieszkańców przed atakami wrogów, bandami różnych rzezimieszków lub źle
usposobionych sąsiadów. Ogromne piwnice mogły pomieścić wiele zapasów żywności,
głęboka studnia gwarantowała dostatek wody, a podziemne przejścia zapewniały
ucieczkę obrońcom w przypadku konieczności opuszczenia warowni, gdyby wraże siły
były za duże i brakowało środków obrony.
Do Gródka chronili się też mieszkańcy pobliskiej osady, gdy zaczęło
zagrażać niebezpieczeństwo najazdu. Przyprowadzali ze sobą rodziny i cały swój
dobytek, by go uchronić przed zagładą. Pan Gródka przyjmował chętnie wszystkich, bo
dodatkowe ręce do obrony zawsze się przydały.
Sytuacja taka trwała przez wiele lat, aż do momentu odejścia do
innego, lepszego ze światów ostatniego przedstawiciela starego rodu. Gródek zakupił
nieznany człowiek, który po załatwieniu formalności zamieszkał w warownym zamku. Nowy
właściciel okazał się bardzo złym człowiekiem. Myślał tylko o powiększeniu
majątku kosztem swych poddanych. Zwiększył im pańszczyznę. Wydłużył dzień pracy,
a za wszystkie przewinienia prawdziwe i urojone karat chłostą. Teraz już nikt nie
szedł do Gródka, by chronić się przed wrogiem, ani też prosić o jakąkolwiek pomoc. |
|
|
|
Mijały lata, ludzie żyli w ciągłym strachu przed okrutnym panem, aż przyszedł
zupełnie nieudany rok. Po bardzo ciężkiej zimie nastała późna i mokra wiosna, a
potem jeszcze gorsze lato. Na małych chłopskich poletkach prawie nic się nie urodziło,
a gdy przyszło do zbiorów spadł przedwczesny śnieg i mróz ścisnął ziemię. Biedni
ludzie pozostali bez zapasów żywności i zaczęli chorować z głodu. Pewnego razu
wynędzniała kobiecina, która nie miała w piwnicy ani jednej rzepy czy brukwi, zabrała
swe najmłodsze dziecko, owinęła je chustą i poszła do dziedzica, by prosić go o
kromkę chleba lub inne wsparcie. Wówczas ten zły człowiek podniósł z ziemi kamień i
z szyderczym uśmiechem podał kobiecie. Biedaczka podniosła do nieba rękę w milczeniu
pogroziła okrutnikowi i płacząc odeszła. Ledwie minęła bramę, gdy ziemia
gwałtownie się zatrzęsła, otworzyła swe wnętrze, pochłonęła warownię wraz z jej
właścicielem i wszystkim cokolwiek się w Gródku znajdowało. Na świeżą ziemię
posypał się grad kamieni i zaległa cisza.
Nikt już więcej nie widział okrutnego pana, ale ze strachem
mijano miejsce, gdzie niegdyś był gród. Podobno okrutny pan jeździł po śmierci co
noc siwymi końmi z "Gródka" przez "Przylasek" do sądu w Wiśniczu.
Opowiadano, że nocą zapalają się tam jakieś światełka, słychać dziki śmiech,
czasem płacz lub nawoływanie.
Mieszkańcy starali się unikać tego miejsca. Jednakże pewnego razu z
długiej wojaczki wrócił odważny żołnierz. Często podkreślał, że widział różne
dziwa, wiele przeżył, bo śmierć nieraz zaglądała mu w oczy. Dlatego żadnych
strachów się nie boi. Kiedy opowiadano mu o Gródku, postanowił się tam wybrać, aby
udowodnić, że to tylko ludzka wyobraźnia stworzyła te koszmary. Wkrótce zamiar
wprowadził w czyn. Zabrawszy gruby kij poszedł o północy do Gródka. Nikt mu nie
towarzyszył, bo każdy był podszytym strachem. Wszyscy mieszkańcy powychodzili jednak z
domów i czekali, co to z tego wyniknie. Nagle od strony Gródka rozległy się
przeraźliwe krzyki i wołania o pomoc. Nikt jednak nie pobiegł, by jej udzielić. Na
drugi dzień, gdy żołnierz nie wrócił, wyruszyła cała wieś, by go szukać. Niestety
po zuchu przepadł wszelki ślad, tylko jak dawniej nad Gródkiem ukazywały się nocą
migotliwe światełka.
Inna wersja podania głosi, że na podgrodziu w jednym z domów
mieszkała bezbożna kobieta, która w niedziele i święta wykonywała różne ciężkie
prace. Sąsiedzi upominali ją, by tego nie czyniła, bo spotkają zasłużona kara, ale
ona nic sobie z tego nie robiła. W Niedzielę Palmową, gdy wszyscy udali się do
Żegociny na sumę, by starodawnym obyczajem poświęcić palemki, ona piekła chleb. Gdy
przyszedł czas wyjmowania chleba z pieca, okazało się, że wszystkie bochenki
skamieniały, a potem dziwną jakąś mocą wytoczyły się przez otwarte drzwi na pole i
nabierając pędu pomykały po zboczu. Kiedy były u podnóża wzniesienia rozległ się
huk, zatrzęsły się mury warowni i Gródek zapadł się pod ziemię, a kamienie z murów
obronnych przybrawszy również kształt bochnów chleba, rozsypały się wokoło. Odtąd
w czasie sumy w Palmową Niedzielę obok zagłębienia po grocie ukazuje się diabeł,
który liczy pieniądze. Zbieracze grzybów i jagód, gdy zapędzą się do Gródka,
znajdują czasem dziwne kamienie mniejsze i większe mające kształt bochenków chleba.
Chcąc odkryć tajemnice Gródka należałoby przeprowadzić badania
archeologiczne. Samo wzniesienie przemawia za tym, że zostało uformowane ludzką ręką.
Zagłębienie na środku wzniesienia może być dawną studnią dostarczającą
życiodajnej wody mieszkańcom grodu. Prawdopodobnie kamienie prezentują kulturę
łużycką i być może były żarnami do mielenia zboża. |
W Bełdnie (dawniej
Belne - piękne) znaleziono w latach sześćdziesiątych XX wieku rzymski pieniążek, co
dowodziłoby, że tędy przebiegał handlowy szlak, którym podążali kupcy z południa i
wschodu po "złoto północy", czyli bursztyn, zwany także jantarem. Istnieją
plany badań archeologicznych, ale brak funduszów skutecznie oddala w bliżej
nieokreśloną przyszłość termin ich rozpoczęcia.
Pozostają tylko piękne baśnie i podania wyrażające marzenia
ludzi i pozwalające tworzyć różne fantastyczne wydarzenia, które mogły, choć nie
musiały wystąpić. Zaskakującym było to, że Niemcy, którzy w czasie okupacji
przybyli do Bełdna pytali o "zamek - Gródek - warownię obronną". Opierali
się na mapach sztabowych, na których było naznaczone "miasto grodowe". Może
myśleli, że zamek istnieje i można go ogołocić z bogactw? Ale, zamku nie ma.
Pozostała tylko wiele mówiąca nazwa - Gródek. |